alkohol bieganie
w

Syndrom wypalony imprezowicz czyli alkohol i bieganie

Moja głowa rytmicznie kiwa się kiedy Aśka wchodzi na wysokie obroty odkrywając to co miliony przed nią.

– Ja się wybawiłam, zmieniły mi się priorytety!- ciągnie zdania, nakręcając siebie samą.

Marek bawi się telefonem oglądając foty z imprezy dużej dyskoteki w BB.

– Party party i po party. Na piwo skocze na Rynek. Nie chce mi się łazić po tej dzieciarni. – Chrząknięciem kończy rozmowę.

Pigułka jaką przyjmuje mój mózg zawsze brzmi podobnie. Pierwsze party w rozrzucie 17-19 lat. Najpierw grzecznie. Jakiś wypad na ognisko. Gdzieś wśród drzew cichego parku kilka piw lub „małpka” podawana pospiesznie z rąk do rąk przepijana colą. Dni miasta, urodziny znajomego lub kilka głębszych na dyskotece z klasą. Jest się prawie dorosłym to nic nie stoi na przeszkodzie żeby jechać na górskie wojaże i walić wódkę ze znajomymi 3 dni pod rząd. Technicznie „rośnie doświadczenie” mieszania. Człowiek mniej więcej wie co może i w jakim stopniu mieszać. I ta świadomość nic nie daje bo najczęściej chodzi o fakt skucia świadomości lajtowego party, a ponieważ wszyscy piją to nikt nie zauważy jednego mniej czy więcej, który się zatacza.

Gdzieś tutaj migocze mi światełko, że chwała niebiosom za takich imprezowiczów co nie chodzą do klubu posłuchać „wtórnego i znudzonego swoją niemocą artystyczną dj” tylko zdrowo dziabnąć kieliszek bo by się wszystkie „dyskoteki itp.” pozamykały na cztery spusty.

Czas mija i ładowanie akumulatora na studenckim „innym mieście” zaczyna przypominać bardziej ekstremalne fajerwerki. Komuś zerwał się film, ktoś zasnął na stacji kolejowej. Opcjonalnie przespał się ze swoją byłą i złapał kaca moralnego za podszczypywanie brzydkiej koleżanki/kolegi.

I tutaj głęboki oddech, który zaczyna sygnalizować flarą pod czaszką co bardziej inteligentnych, że coś trzeba zmienić. Organizm żeby realizować cele wymaga innego skupienia. Na jednych studiach przejdzie picie lub wyskakiwanie z zajęć. Na innych równa się to samobójstwo jak się nie zazębisz w obecnościach. Na laborkach braki to profesor powie Ci: „Hasta la vista, baby” i wypad z mojej czystej sali.

Trzeba zacząć inaczej zarządzać swoim czasem.

Czyli mówią wprost przeliczać czas potrzeby na regenerację w stosunku do kasy jaką straci się nie idąc do pracy (lecząc kaca podczas zwolnienia na żądanie) lub czas i wysiłek jaki poświęca się na „dogonienie/nadrobienie” tematów.

I to są oficjalne powody: zmiany priorytetów.

Jeżeli dotarłeś do tej części tekstu i gdzieś po drodze swojego życia nabyłeś tzw. hobby i godzinami możesz opowiadać na jego temat to możesz przestać czytać. Jeżeli jednak nie do końca …

Nieoficjalne są takie, że się przytyło bo gastrofaza kosi, a kolejnego dnia człowiek ładuje kalorie żeby zniwelować działanie alkoholu. Całonocne libacje nie wpływają poprawnie na kolor skóry i jeszcze to chroniczne zmęczenie bo człowiek niby spał, ale oczy dziwnie stają się coraz cięższe. A praca na kacu to pieprzony koszmar.

A jak chce się człowiek choć minimalnie podobać sam sobie w lustrze to w jakimś momencie życia trzeba wciągać sałatkę bo kalorie na plusie lądują na brzuchu i siłą rzeczy spadają opcje na poznanie księcia/księżniczki z bajki bo „tonaż nie  pozwala”.

I nie Joanno nie wyimprezowałaś się. Marku jeszcze byś poimprezował, ale się nie przyznajesz.  Po prostu zauważyłaś/eś „młodsze mięso” na parkiecie, które jeszcze nie odczuwa tego co się nazywa 1500 kcal/dzień.

I szlak Cię trafił bo lubiłaś łechtać swoje wąskie ego kiedy faceci zaczepiali Cię i zapraszali na drinka. Ty mogłaś przebierać w tych uśmiechach nie oferując grama swojej osobowości ( o zainteresowaniach czy inteligencji nie wspominam), a jedynie fizyczną obecność.

A Ty mój najlepszy z najlepszych Marku o twarzy modela z zachodnich okładek przechadzałeś się jak paw irytując (czytaj: życzyli Ci śmierci w męczarniach) kolegów, wyławiając z rozbawionego tłumu kolejne sympatie, gasząc serduszka i stając się coraz bardziej odległy. Do czasu gdy weszły kolejne generacje młodych wilków (siłownie) lepiej dostosowane do środowiska żeru.

I walę w tą fizyczność. Bo to element jaki imprezowe życie pochłania łapczywie i zachłannie. Kopie po nerkach. I jest w dzisiejszych czasach SZOŁ na ekranie tak bardzo pożądany.

W moim środowisku wyjście na imprezę klub / dyskoteka jest równoznaczne z piciem alkoholu. Oczywiście można wypić go mniej lub więcej ale nie da się nie pić całkowicie. Można wyeliminować wyjścia. Oczywiście, że można.

A jak ja lubię i nie chcę? Mogę ulec samoograniczeniu przez eliminację. Ale ja chcę się napić na imprezie i niekoniecznie czuje się alkoholikiem.

Trzeba jakoś ograniczać negatywne skutki. Czyli jakiś sport. Najlepiej taki żeby był tani w rozpoczęciu i w miarę szybki w „przejściu z domu do treningu”. I tak się stałem pijącym imprezowiczem, który biega. W październiku 2018 pokonałem 10 km w czasie 43 minut. Szybko przebierający płetwami emeryt? Znam szybszych.

Nienawidzę biegania z całego serca. Pomijając aspekt, że stałem się”ultra ekonomiczny” bo dawka alkoholu jaka wystarczy żeby się upić po solidnym bieganiu jest śmieszna i żenująca. Człowiek nie zje jakiegoś fastfooda za dnia mimo, że może bo jak potem przemnoży ile czasu musi człapać krok za krokiem żeby to spalić to mu się odechciewa.

Trening (pewnie jak każdy inny) dał efekty. W połączaniu ze zmianą żywienia kilogramy poleciały w dół.

I kiedy w rozmowach z innymi biegającymi słyszałem głosy, że teraz TRENUJĄ i z tego powodu ograniczają (i dlatego się martwią) kontakty z ludźmi. Bo nie wyjdą na imprezę skoro jutro jest trening. To gryzłem się w język. Do krwi. Wielokrotnie. Bo wychodziło, że: ktoś biega, żeby wywołać pozytywną zmianę w swoim ciele (pewnie można to robić w innym celu, ale nie wiem jakim) i ponieważ jest amatorem, który trenuje jak zawodowiec to musi uwzględniać, że rano zrobi półmaraton. Jednak wieczorem poziom energii na imprezie wyniesie zero.

I jak powiedzieć, że biegam żeby się móc napić ze znajomymi? Teraz gdy bieganie stało się religią? Ba. Zdarzyło się jednak, że odpowiedziałem pełnym zdaniem dlaczego biegam. I gdy „zakumało towarzystwo”, że nie żartuje to stwierdzono solidarnie: jesteś alkoholikiem. Cudowne uczucie. Chyba nie widzieliście w życiu alkoholika.

Biegam bo imprezuję.

Oraz, że nie mam pojęcia co to znaczy, że po treningu czuje się świetnie? Dla mnie każdy trening to ból mięśni i wysiłek taki że szarpie mi wnętrznościami. Pewnie nie mam tych mitycznych „wybieganych kilometrów” jak byłem w skorupce przed dinozaurami. Mam śmieszne wdzianko z odblaskami kupione na wyprzedaży. Z butów zrobiłem chyba naleśniki. Telefon mam jak kangur w saszetce na brzuchu. Biegnąc wydaje śmieszne odgłosy. Coś jak diplodok ścigany przez stado tych dużych dinozaurów z zębami jak szable. W słuchawkach leci PowerWolf /Psy Trance/Sabaton pomieszany z wykładami astrofizyki, geopolityki i historii. Czasem coś z tego pamiętam.

Wypalony imprezowicz staje się wypalony bo zawodzi go ciało. A ten element z korzyścią dla innych aspektów da się reanimować. Oczywiście rozpoczęcie regularnego treningu można rozpocząć z innych powodów. Np. brak ciuchów o rozmiarze jumbo jet w szafie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ładowanie…

0

Co myślisz?

Napisane przez Iwo

jak wnerwić barmana

8 sposobów żeby wnerwić barmana

jak zostać dj

Jak polegnie Twój pomysł zostania DJ-em